Adam Przechrzta. Materia Prima. Tomy 1-3 (Adept, Namiestnik i Cień)

Adam Przechrzta, jak przystało na absolwenta studiów historycznych, żywo interesuje się przeszłością, a w swojej twórczości szczególnie upodobał sobie dwudziesty wiek naszej ery. W tych okresie umieścił kolejny cykl – Materia Prima.

Pisarz przedstawia Warszawę na początku dwudziestego wieku, kiedy to wewnątrz miasta pojawia się tzw. enklawa. Jej rozprzestrzenianie się powstrzymuje mur nabity srebrnymi prętami, co dosyć dobrze daje do zrozumienia, jakie zagrożenia i stworzenia pojawiły się na tym obszarze. Zmiany dotknęły też innych miast poza Warszawą – Moskwę i Petersburg. Po enklawach szwędają się już tylko carscy żołdacy i alchemicy liczący na pozyskanie ciekawych i niespotykanych składników. Jeden z nich, Olaf Rudnicki, podczas poszukiwań natrafia na oddział żołnierzy. I nie tylko ich. Stąd już tylko krok do wspólnej walki o przetrwanie, próby zrozumienia enklaw, wykorzystywania materia prima, wojny, gierek możnowładców i wizyt na salonach.

Przechrzta nie traci czasu i od pierwszych stron pokazuje głównego bohatera cyklu – Olafa Rudnickiego – w ekstremalnych sytuacjach. Zwykły alchemik mierzy się ze stworami, które pojawiły się znikąd podobnie jak same enklawy. Szybkie tempo oraz dialogi z pazurem przykuwają już na początku otwarcia cyklu, czyli Adepta. Później wcale nie jest gorzej. Nawet gdy tempo nieco spada, to i tak dialogi wraz z wplecionymi w fabułę obyczajami dwudziestego wieku ciekawią na tyle, że wartko brniemy przez kolejne strony. Czego tu nie ma – towarzyskie konwenanse, polityczne gierki, pojedynki, gildie, alchemia, demony i romanse… Przechrzta nie żałuje czytelnikom wrażeń. Jedyną bardziej dotkliwą wadą pierwszego tomu jest końcówka – trochę się ciągnie i pomimo interesującego zamknięcia miałem poczucie, iż autor mógł to rozegrać trochę sprawniej. Tak czy inaczej, pierwszy tom zdecydowanie zachęcił do sięgnięcia po kontynuację.

Namiestnik jest już lekturą grubszą o około 100 stron (blisko 560) i… mimo niemrawego początku – równie, a może nawet bardziej interesującą. To po części zasługa przywiązania do postaci, które Przechrzta kreśli z wyczuciem i które łatwo polubić – nie wszystkie, ale wiele z nich na czele z Olafem. Drugi tom jest ciekawszy też ze względu na postępującą ewolucję Rudnickiego i nowe postacie. Protagonista, początkowo rzucony w wir akcji i próbujący trzymać się od wielu spraw (a już zwłaszcza politycznych) z daleka, staje się postacią coraz to bardziej aktywną, pewną swego i jednocześnie ciekawszą. Akcja szybko nabiera tempa, polski alchemik ponownie leczy wysoko postawionego w hierarchii społecznej osobnika, demony dają o sobie znać, a wojskowi i agenci państw coraz otwarciej sięgają po pomoc adeptów, magów i korzystają z materia prima. W końcu dochodzi też do konfrontacji z inteligentniejszymi istotami żyjącymi w enklawach – wcześniej, z drobnymi wyjątkami, były to głównie stwory do usieczenia przez bohaterów. Teraz nabrały ciekawszej i groźniejszej formy. Właściwie Namiestnik to bardzo dobra kontynuacja – rozwija zapoczątkowane wątki i dodaje nowe, przybliża kolejne postacie i dostarcza więcej informacji o naturze magii i materii prima. Mogę się przyczepić chyba tylko do tych ostatnich – czasem tłumaczenia Anastazji brzmią jakby autor poszedł na skróty i wymyślił coś na potrzebę chwili, później trochę to negując lub zasłaniając się amnezją dziewczyny. Takie pójścia na łatwiznę zdarzają się parę razy – niby przed bohaterami postawione są przeszkody, ale już po chwili któryś z nich wyciąga, dosłownie, królika z kapelusza i problem znika. Mimo iż Namiestnik jest odrobinę ciekawszą książką, dwa pierwsze tomy otrzymują tę samą ocenę, bo w Adepcie było mniej takich zagrywek.

Cykl kończy się dłuższym od Adepta i krótszym od Namiestnika Cieniem. Podobnie jak Namiestnik, rozwija się dosyć wolno i ważniejsze rzeczy zaczynają się dziać dopiero w okolicach setnej strony. Przechrzta domknął Materia Prima nieźle, choć finał jest szybki i mi osobiście zabrakło jeszcze trochę emocji. Ten zarzut mam do całego trzeciego tomu – względem poprzedników dzieje się dużo mniej i w głowie często kołacze myśl, że autor postawił na zamknięcie rozpoczętych wątków. Zamykanie poszło mu bardzo dobrze, z tym że części rozstrzygnięć można się było spodziewać i nie wzbudzały już takich emocji. Wydaje mi się też, że w Cieniu jest najwięcej fragmentów związanych z obyczajowością i etykietą na salonach, co zaliczam na plus.

Adam Przechrzta napisał kolejne bardzo dobre powieści osadzone w XX wieku. Podróż do tych czasów powinna być interesująca dla każdego, kto choć trochę lubi fantastykę. Zdecydowanie polecam.

Ocena – Adept: 8/10

Autor: Adam Przechrzta
Ilustracje: Przemysław Truściński
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Stron: 472
Premiera: 2016

 

 

 

 

Ocena – Namiestnik: 8/10

Autor: Adam Przechrzta
Ilustracje: Przemysław Truściński
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Stron: 460
Premiera: 14 czerwca 2017

 

 

 

 

Ocena – Cień: 7/10

Autor: Adam Przechrzta
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Stron: 528
Premiera: 20 czerwca 2018

                                             

 

 

 

 

 

   Say My Name

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarzy do recenzji

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.