(Recenzja) Bakuman #01-05

Kiedy na okładce rozpoznaję nazwiska twórców Death Note gwałtownie rosną moje oczekiwania wobec trzymanego tomiszcza. Krótko mówiąc w takich sytuacjach liczę na coś nieszablonowego, z ciekawym pomysłem i sprawną realizacją.

Tym razem Takeshi Obata i Tsugumi Ohba postanowili odpocząć od zaglądania w ponure zakamarki ludzkiej psychiki. Zamiast tego Bakuman to opowieść o tym, co panowie znają z autopsji drodze do zostania zawodowym mangaką. Jako główną postać mamy czternastolatka (Mashiro Moritaka), który świetnie rysuje, lecz żyje według jasno określonego scenariusza. Mimo marzeń kiełkujących w jego głowie trzyma się wytyczonej przez społeczeństwo ścieżki składającej się z przyzwoitego liceum, solidnych studiów i beznamiętnej pracy urzędnika za średnią stawkę.

O jego skrywanym talencie przypadkiem dowiaduje się Akito Takagi, największy prymus w klasie, z którym Mashiro jak dotąd się nie zadawał. W głowie Akito kiełkuje pomysł wspólnego tworzenia mang, jednak Mashiro mimo nawoływań nie daje się przekonać do zmiany życiowych planów. Dopiero za namową Miho Azuki, w której się podkochuje, postanawia spróbować swych sił. Niedługo potem obaj nastolatkowie poznają blaski i cienie twórczego życia.

Bardzo duża część fabuły Bakumana jest poświęcona procesowi tworzenia mangi, od wpadnięcia na pomysł, przez scenorysy, szkice, gotowe wersje, prace z redaktorem magazynu, poprawki czy w końcu głosowania czytelników, decydujące o dalszym losie serii. I to świetna rzecz, bo całość została przedstawiona z dużą dbałością o detale i wiarygodnością w końcu autorzy Bakumana mają w tej materii doświadczenie. Scenariusz nie skupia się jedynie na tym aspekcie, bo na przestrzeni pięciu tomów widać też zmianę zachodzącą w bohaterach. Akcja jest rozciągnięta na długie miesiące, a więc widać też dynamikę relacji pomiędzy aspirującymi mangakami, którzy wcześniej ledwo się znali.

Jest tu też trochę humoru typowego dla mang, ale nie mogę powiedzieć by dominował. Do tego Ohba dorzuca jeszcze relację z sympatycznym i znającym się na swojej robocie redaktorem magazynu “Jump”. Bez wdawania się w detale, pełni on rolę mentora dla młodych twórców i nie raz wskazuje im właściwy kierunek lub studzi zbyt ambitne zapędy. Czyta się to bardzo dobrze, trochę tylko przeszkadza pokracznie kreowany wątek romantyczny między Mashiro i Miho.

Drażni przede wszystkim ckliwość, jaka pojawia się gdy scenariusz schodzi na tematy miłosne. To nie jedyny mankament, bo konsekwencje niesie ze sobą też wyjściowy pomysł, czyli opowiadanie o twórczej pracy mangaków. Nie ma się co oszukiwać, to przede wszystkim długie godziny przesiadywania, szukania inspiracji, rozwijania i porzucania nowych pomysłów czy wprowadzania zmian. I dla czytelnika poznanie tego wszystkiego jest zarazem interesujące, ale też nużące. Przerzucając kolejne strony wyraźnie czuć niską dynamikę.

Druga rzecz, na jaką warto zwrócić uwagę w przypadku Bakumana są rysunki. Takeshi Obata dał radę i precyzja z jaką narysował twarze postaci (odwzorowując emocje) to najwyższa półka. Jak na mangę przystało trafiają się i bardziej nienaturalne kadry, kiedy któraś z postaci przegina ze swoją reakcją. Ale i te kadry pokazują talent Obaty. Inaczej ma się kwestia teł  jest ich mało, bo Bakuman to głównie mozolne ślęczenie nad kolejnymi scenorysami i spotkania z redaktorem w zaciszu redakcyjnej salki.

Pierwsze tomy Bakumana dostarczają mnóstwo informacji o procesie, jakim jest tworzenie mang i ich dopieszczanie, by kiedyś opuściły szuflady aspirujących mangaków. I już z tego powodu warto sprawdzić tę serię. Tym bardziej, że prócz tego twórcy oferują też przyjemną fabułę i ładne rysunki.

 

Say My Name

Dziękujemy wydawnictwo Waneko za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.

 

Następne tomy: Bakuman #06-10

One Comment

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.