(Recenzja) Bakuman #06-10

W pierwszych pięciu tomach Bakumana autorzy postawili sobie za główny cel pokazanie praw, jakimi rządzi się rynek wydawniczy i proces twórczy. Ogrom szczegółów i informacji nie sprawił jednak, że zapomniano o bohaterach – wręcz przeciwnie.

Pierwsze części cyklu poświęcono w głównej mierze próbom Mashiro i Takagiego, a ilość informacji o działalności magazynu, w jakim publikowali spadała właściwie z każdym tomem. Dopiero w tomach 5-6 są to już niuanse, oczywiście nadal ciekawe, ale już tak nie dominujące fabuły. Kolejne albumy to także ruch, jakiego można się było spodziewać – w tomach 6-10 rola rywali oraz potencjalnych konkurentów przewodniego duetu rośnie i nie są to tylko korespondencyjne pojedynki. Tsugumi Ohba (scenarzysta) niejednokrotnie stara się pokazać akcje właśnie z perspektywy innych mangaków. Często te fragmenty są nasycone humorem, którego z kolejnymi tomami jest jakby więcej. Ważną rolę zaczynają odgrywać takie postacie jak Fukuda, wyszczekany i porywczy mangaka. Nie można też zapomnieć, że to bardzo zdrowa rywalizacja – pomimo konkurowania o miejsce w czasopiśmie niemal wszyscy twórcy w większym lub mniejszym stopniu się ze sobą przyjaźnią.

W omawianych albumach jest też kilka zwrotów akcji, w tym dotyczących damsko-męskich stosunków twórców z ich lepszymi połówkami. Ohba nie pozwala zapominać o motywacji Mashiro i czasami robi to zbyt nachalnie. Relacja chłopca i Miho posuwa się do przodu (powoli, ale zawsze) i parę razy miałem wrażenie, że całość jest za bardzo “lukrowana”.

Kolejnym istotnym aspektem tomów 6-10 jest praca z redaktorami. O ile wcześniej był to głównie jeden osobnik z redakcji magazynu, tak teraz potencjał mangaków absorbuje szersze grono osób, w tym także naczelnego. A to niesie ze sobą konsekwencje i to zwykle negatywne dla Mashiro i Takagiego. Bohaterowie będą musieli wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności, a też próbom zostanie poddana ich wiara we własne zdolności i sens pracy kreatywnej. Ohba dość dobrze przedstawia ewolucję twórczą postaci. Wraz z rozwojem ich warsztatu muszą mierzyć się z coraz to innymi wyzwaniami.

Graficznie tomiki trzymają wysoki poziom narzucony w pierwszych odcinkach serii. W wielu miejscach jest nawet lepiej, bo częściej pojawiają się tła i plenery, albo przynajmniej nowe scenerie. Dzięki temu Obata prezentuje ciekawsze ujęcia i kadry. Chociaż i tak widok strudzonych twórców przebija się z wielu stron.

Kolejne tomy to bardzo sprawne rozwijanie wątków i stopniowe dodawanie nowych elementów opowieści. To drugie odbywa się głównie za pośrednictwem wprowadzania zupełnie nowych postaci albo wręcz przeciwnie – przez konsekwentne zwiększanie roli tych, których można było poznać na początku serii. Nadal jest bardzo dobrze, mimo że miejscami daje o sobie znać monotonia.

 

Say My Name

Dziękujemy wydawnictwo Waneko za udostępnienie egzemplarzy do recenzji.

 

Poprzednie tomy: Bakuman #01-05


Następne tomy: Bakuman #11-15

One Comment

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.