Bogowie Krwi i Prochu. Tom 1. Grzechy Imperium (recenzja)

Grzechy Imperium to pierwsza powieść Briana McClellana po jaką sięgnąłem. Mimo że liczy sobie ona ponad 750 stron, już po około 200 wiedziałem, że będę kontynuował przygodę z tym pisarzem. Później było już tylko lepiej.

Chronologicznie wydarzenia Grzechów Imperium rozpoczynające cykl Bogowie Krwi i Prochu mają miejsce kilka lat po Trylogii Magów Prochowych. Opowieść rozgrywa się w Fartraście rządzonej przez Lady Kanclerz i podległe jej tzw. Czarne Kapelusze, którzy – w pewnym uproszczeniu – są szpiegami i policją w jednym. Naprzemiennie śledzimy losy trójki postaci – Vlory zwanej lady Krzemień, maga prochowego i zarazem dowódcy wyśmienitych najemników, Szalonego Bena Styke’a, niegdyś bohatera wojennego, który ostatnie lata spędził w obozie pracy, oraz Michela Bravisa, za wszelką cenę walczącego o awans w hierarchii Czarnych Kapeluszy. Jak łatwo się domyślić losy postaci będą się ze sobą przeplatać. Wszystko zaś rozpoczyna się na dobre, kiedy w mieście pojawiają się ulotki zatytułowane “Grzechy Imperium”. Spisek? Szykowanie się do przewrotu? To tylko cząstka znacznie poważniejszej intrygi.

Brian McClellan nie szczędził papieru i chociaż Grzechy Imperium robią wrażenie swą objętością, to czyta się je z dużą przyjemnością. Pierwsze 50-60 stron to tylko wydłużony prolog, pozwalający poznać głównie postacie, ale już kolejne kilkadziesiąt kartek zaczyna silniej angażować. Duża w tym zasługa sprawnego pióra autora, dużo miejsca poświęcającego rozbudowanym dialogom czy przemyśleniom bohaterów. Robi to na tyle dobrze, że nie przeszkadza stosunkowo mała ilość scen walki czy bitew. Te ostatnie nawarstwiają się w końcówce, ale wcześniej jest ich mało i tym większe brawa należą się pisarzowi za przykucie uwagi bez ich pomocy.

McClellan z dużym wyczuciem kreśli swoich herosów, przedstawiając ich w różnych sytuacjach i dbając, aby każdy był wyrazisty pod względem charakteru. Nie sposób nie polubić Bena Styke’a, zwanego szalonym nie bez powodu, hardą dowódczynię najemników Vlorę czy intryganta Michela Bravisa. Z drugiej strony są to postacie, jakim łatwo przypiąć łatkę pozytywnych, nawet jeżeli zabijają dziesiątki osób na swej drodze. Trochę szkoda, że zabrakło miejsca na odcienie szarości i łatwo zakwalifikować bohaterów na dobrych i złych.

Bardzo ciekawą rzeczą u McClellana jest system magii. Niektórzy ludzie posiadają potężne moce, niektórzy jedynie skromne uzdolnienia, inni są w stanie wyczuwać magię w okolicy, a do tego dochodzą jeszcze magowie prochowi, którzy po wciągnięciu odrobiny prochu w nozdrza zyskują na szybkości, sile czy wytrzymałości. I jednocześnie są w stanie wykonywać inne “sztuczki” z prochem.

Podszedłem do Grzechów Imperium bez znajomości poprzedniej trylogii i przez to część rzeczy nie było dla mnie jasnych i musiałem się doszukiwać kontekstu, aby lepiej zrozumieć historię i relacje postaci oraz instytucji czy społeczności. Jednak McClellan nie pozostawił nowych czytelników samych sobie. Dobrze czytało się wzmianki o dawnych wydarzeniach, które przyjęły już formy legend czy opowieści do kufelka piwa. Generalnie jednak Grzechy Imperium są na tyle dobrą lekturą, że i tak mam zamiar powrócić do wcześniejszych dzieł McClellana. I polecam to zrobić także wam.

 

Grzechy-Imperium-wypowiem-sieOcena: 7/10

Seria: Bogowie Krwi i Prochu
Autor: 
Brian McClellan

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Stron: 758
Premiera: listopad 2018

 

 

 

Say May Name

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.