Czarne Światła. Tom 1: Łzy Mai

Chociaż cyberpunk w literaturze nie jest mi obcy i nie raz miałam okazję czytać powieści zagranicznych twórców, to Łzy Mai były dla mnie pierwszą historią w tym klimacie od polskiego pisarza. I wiecie co… “Polacy nie gęsi, iż swój cyberpunk mają”.

Rok 2037, miasto New Horizon. Porucznik Jared Quinn, po traumatycznych przeżyciach sprzed trzech lat, w wyniku których odniósł wiele poważnych ran, wielomiesięcznej hibernacji i późniejszej rehabilitacji połączonej z wizytami u psychologa, wraca na służbę w policyjnym wydziale zabójstw. Oczywiście jak przystało na futurystyczną rzeczywistość, świat przez owe trzy lata zdążył się niewyobrażalnie rozwinąć zarówno w sferze prywatnej, jak i w interesie społeczeństwa. Nad bezpieczeństwem mieszkańców czuwa już sztuczna inteligencja – Riot Shield, cybernetyczny stróż prawa. Oczywiście technologia dosięgła też samego porucznika, który został naszpikowany elektroniką, wszczepami ulepszającymi zmysły i usprawniającymi pracę jako detektywa. Problem w tym, że Jared Quinn nienawidził i nienawidzi owych technologicznych nowinek.

Z czystym sumieniem powiem, że czas spędzony przy powieści Martyny Raduchowskiej wspominam mile, pomimo kilku rzeczy, do których miałabym drobniejsze zastrzeżenia. Jednak trzeba przyznać, że świat wykreowany przez Raduchowską, to wzorcowy cyberpunk, znany zapewne każdemu fanowi tego gatunku. Zostajemy wrzuceni w rzeczywistość, gdzie niedoskonałości leczy się wszczepami, zdolności motoryczno-zmysłowe można udoskonalić, a syntetyczny człowiek jest na porządku dziennym. Sztuczne organy, implanty, są na wyciągniecie ręki, o ile cię na nie stać. Oczywiście podobnie jak szczegółowo pisarka radzi sobie z kreśleniem uniwersum, tak samo solidnie podeszła do kwestii polityczno-społecznej. Bunt maszyn, brak praw dla syntetycznych ludzi, są główną kością niezgody na wszystkich szczeblach hierarchii społecznej.

Raduchowska dość szybko rozwija wydarzenia, wprowadzając coraz to nowe zmienne w życiu porucznika. Łzy Mai to podróż przez jego lęki, żal do siebie, żony, kolegów, byłej partnerki (robota Mayi), zmagania z powracającą przeszłością, przy każdej sprawie jaką rozwiązuje i mnóstwem innych problemów natury emocjonalnej. Powrót do starej pracy okazuje się trudny i irytujący. Zmiany technologiczne w policji, których nie mógł doświadczyć stopniowo (przez wielomiesięczną hibernację), szybko sprawiają, że czuje się wyobcowany. Sytuacji psychicznej nie poprawia rozsypujące się małżeństwo i nienawiść do Mayi, syntetycznego policjanta. Przez nagromadzony bagaż emocjonalny, każdy kolejny dzień go “nakręca” i przekonuje, że znalazł winnego całemu złu jakie go spotkało.

Przede wszystkim autorka w powieści utrzymała duże tempo wydarzeń, każdy rozdział to nowe informacje, którymi karmiony jest czytelnik, jedne pochodzą z zagmatwanego życia porucznika, a inne rozpoczynają nowe wątki czy historie bohaterów. i tak poza głównymi zmaganiami protagonisty, przewija się drugi wątek, jakim jest tajemnicze eksperymentowanie nad reinforsyną. Poznajemy, co prawda na razie jedynie pojedyncze epizody, ale będące częścią znacznie poważniejszego spisku. Niestety, możemy jedynie się domyślać, że zostanie lepiej rozwinięty w przyszłych częściach.

Nie wszystko jednak, aż tak dobrze weszło ze sobą w symbiozę. Motywy bohaterów, czy błędy w ich rozumowaniu są czasami aż za proste do odgadnięcia. Oczywiście nie można traktować tego jako większego, czy poważniejszego minusu. Życie porucznika jest na tyle szalone, że nawet jak wiemy, że jest w błędzie, to jeszcze bardziej czekamy na scenę, w której skonfrontuje swoje spiskowe teorie. Zdaję sobie jednak sprawę, że w dużej części jest to kwestia gustu i dla pewnego grona czytelników, będzie to oznaką słabej fabuły. Nieco gorsze uczucia mam odnośnie zakończenia tego tomu. Mam wrażenie, że sprawniej, czy ciekawiej można było rozwiązać pewne spotkanie. Nie pojawiło się nic, czego czytelnik nie wywnioskowałby wcześniej.

Fabularnie wszystko fajnie się ze sobą zgrało i nawet wrażenie, że pewne motywy kierujące bohaterami, były aż nadto oczywiste i łatwe do odgadnięcia, nie specjalnie popsuło efekt. Wydarzenia często śledziłam z zapartym tchem, zwłaszcza że działania Jareda nieraz balansują na granicy szaleństwa. Autorka pisze sprawie, emocjonalnie i przede wszystkim utrzymuje odpowiednie tempo wydarzeń, tak aby te zagęszczały się wokół głównego bohatera.

Ocena: 7/10

Autor: Raduchowska Martyna
Wydawnictwo: Urobors
Stron: 416
Premiera: 4 lipca 2017

 

 

 

 

Scythe

Dziękujemy wydawnictwu Uroboros za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.