(Recenzja) Ostatni brzeg

Niemal każdy odbiorca kultury popularnej w pewnym momencie zetknął się ze standardową wizją postapokaliptyczną. Atomowa wojna spustoszyła świat, niszcząc florę i faunę, ludzi zmuszając do walki o przetrwanie i poszukiwania resztek przydatnych przedmiotów, jadania rzeczy, których powstydziłby się kucharz nawet najbardziej podrzędnej knajpy i nie rozstawania się z bronią z obawy o utratę dobytku, który zresztą cały mieści się w torbie lub plecaku. Są jednak dużo bardziej optymistyczne wizje. A przynajmniej na niektórych płaszczyznach.

W latach 50. XX wieku świeża pamięć po nie tak znowu dawno zakończonej drugiej wojnie światowej i świadomość wyścigu zbrojeń między supermocarstwami (na czele z USA, ZSRR i Chinami) powodowały liczne niepokoje społeczne, przez co zagrożenie wybuchem wojny z użyciem broni nuklearnej stawało się realnym zagrożeniem. Nic więc dziwnego, że pisarze w kolejnych latach – trend ten był zresztą obecny także w następnych dekadach – często wykorzystywali motyw końca ludzkości jaką znamy. Jedni odwracali się w kierunku przytoczonym we wstępie, lecz Nevil Shute podszedł do tematu z innej strony.

Już na jednej z pierwszych stron streszcza cały konflikt w krótkim akapicie. Wszystko wzięło swój początek w Albanii, potem do konfliktu dołączyły Chiny, Rosja, USA i parę innych krajów, wysyłając setki bomb atomowych na znaczną część północnej półkuli. Życie tam przestało istnieć, lecz ostatni akt dramatu ma się rozegrać na półkuli południowej, a szczególnie Australii, dokąd jako ostatni dotrze radioaktywny pył, wywołujący śmiertelne choroby. Pozostałości Amerykańskiej Marynarki Wojennej cumują przy australijskim wybrzeżu, gdzie ludzie starają się wieść normalne życie ze świadomością, że za niewiele ponad rok promieniowanie zabija ich samych.

Shute nawet na chwilę nie wpada w pułapkę pokazywania ludzi walczących o przetrwanie, resztki pokarmów, narzędzi czy w końcu desperackich aktów poszukiwania ocalałych lub schronienia przed nieuchronnym końcem. Zamiast tego przedstawia Australijczyków (i kilku Amerykanów) aż do ostatniego dnia pragnących wieść takie życie, jakie doskonale znają i to jest właśnie najbardziej dojmujące w Ostatnim brzegu. Beznadzieja egzystencji w każdej formie, planowanie czegokolwiek (sadzenia roślin, rozpoczynania kursu) na dalsze miesiące nie epatują przemocą, lecz dotykają czytelnika nierealnością i świadomością, że bohaterowie nie będą mieli okazji spełnić swoich nawet bardziej przyziemnych planów. I na ogół doskonale zdają sobie z tego sprawę.

Przez większość powieści autor skupia się na codziennym życiu ostatnich ludzi, którzy borykają się z problemami braku żywności czy narzędzi (bo któż ma chęć zajmować się wytwarzaniem podobnych zasobów w ostatnich tygodniach życia?). Ale nie zabrakło również pokazania innych miejsc, w tym półkuli północnej, gdzie pisarz wysyła kapitana łodzi podwodnej Dwighta Towersa, aby przeszukał teren w nadziei na sygnały radiowe ze stacji. Na pierwszy plan wysuwa się jednak wątek znajomości kapitana z młodą Moirą Davidson, która ostatnie miesiące spędza nie stroniąc od alkoholu i towarzystwa mężczyzn. Co tu dużo pisać, to jedna z najlepiej rozpisanych i najbardziej przejmujących zażyłości romantycznych, jakie widziałem w literaturze fantastycznej w ostatnich latach (choć sama powieść ma na swoim koncie już kilkadziesiąt lat).

Wydawnictwo Rebis jak dotąd bardzo dobrze radzi sobie z selekcją powieści do linii Wehikuł czasu, oddając do rąk czytelników nowe wydanie (pierwsze pochodzi z 1967 roku) klasycznego już dzieła literatury postapokaliptycznej, które nie zestarzało się nawet w najmniejszym stopniu.

Ocena: 10/10

Seria: Wehikuł czasu
Autor:
Nevil Shute
Wydawnictwo: Rebis

Stron: 344
Premiera: 15 września 2020

 

 

 

Say My Name

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.