Polaroidy z zagłady

Wyobraź sobie, że jesteś ostatnim człowiekiem na świecie… Już? A teraz dodaj do tego, że jesteś po sześćdziesiątce, więc pewne rzeczy stają się dla ciebie wyzwaniem. Nawet banalne dostanie się do niezbyt skrytego miejsca, które być może skrywa rzeczy pomocne w kontynuowaniu waszego nieposkromionego żywota. Z drugiej strony i bez nich odwlekasz śmierć już bardzo długo.

W takiej sytuacji znalazła się Teresa Szulc, mająca sześćdziesiąt cztery lata bohaterka powieści Pawła Palińskiego (4 pory mroku). Znajduje się ona w nieciekawym położeniu – nastąpił koniec świata i wygląda na to, iż pozostała ostatnią żyjącą osobą. Każdego dnia kontynuuje więc szarą egzystencję w domu jej rodziców.

Zamysł, jaki towarzyszy głównej, i właściwie jedynej, linii fabularnej nietrudno nazwać interesującym, ale też łatwym do zmarnotrawienia. Szczęśliwie dla czytelników Paweł Paliński poradził sobie bardzo dobrze, a ze względu na poruszoną tematykę, przywołanie takich tuzów jak Jestem legendą czy Apokalipsa według Pana Jana jest jak najbardziej na miejscu. Ba, w jego historii pojawiły się również istoty przypominające znane wszem i wobec zombie – tu zwani Biernymi. Czy to wszystko wystarczyło, by zainteresować czytelnika?

O ile sam pomysł ukucia fabuły wokół ostatniego homo sapiens na planecie nie jest czymś całkowicie nowym, to jednak nie został jeszcze zużyty przez dziesiątki tytułów. Paliński postanowił dodatkowo wzmocnić wrażenia płynące z lektury zastosowaniem odważnej i niełatwej drugoosobowej narracji. Co tu dużo mówić, znacząco zwiększa to zaangażowanie w poznawaną historię Teresy Szulc, bo przecież wszystkie słowa narratora są kierowane bezpośrednio do czytelnika. Z wypowiadanych przez niego zdań wiele ma iście gorzki posmak, niektóre można wręcz uznać za złośliwe, jak gdyby narrator cynicznie patrzył na dotychczasowe życie Teresy Szulc i jej nieustające próby utrzymania się przy życiu. Emocji jest tu sporo, ale wśród nich dominują te negatywne – śmiechu czy optymizmu jest tu jak na lekarstwo, ale bynajmniej nie można tego uznać za wadę. W końcu pesymistyczny nastrój to właściwie nieodłączna cecha towarzysząca utworom postapokaliptycznym, nawet tym z happy endem. A skoro już o zakończeniu mowa, to i w tej materii Paweł Paliński spisał się dobrze, zapewniając ciekawy finał.

Czy w takim razie można coś zarzucić autorowi? Niestety tak, przede wszystkim narracja, choć w wielu miejscach wzmacniająca wrażenia, niejednokrotnie potrafi też uśpić czytelnika. W końcu gorycz wypływa z każdej strony i na dłuższą metę trafiają się fragmenty męczące odbiorcę. Dziwi też dodanie Biernych, czyli w gruncie rzeczy zombie, jedynych istot będących na świecie oprócz Teresy. Niby mają pewne uzasadnienie fabularne, ale tak po prawdzie w nie budzą najmniejszego zainteresowania i w wielu momentach wydają się doczepieni na siłę.

Niedogodności nie zmieniają jednego prostego faktu – Polaroidy z zagłady okazały się kawałkiem bardzo porządnej literatury postapokaliptycznej, biorącej na tapetę ludzkie uczucia i lęki w obliczu samotności w pustym świecie. Kontrapunkty ponownie nie zawiodły, zapewniając nie tylko rozrywkę, ale też chwile refleksji, ponieważ w życiu Teresy można odnaleźć i swoje doświadczenia.

Ocena: 7,5 / 10

Autor: Paweł Paliński
Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 272
Premiera: 4 września 2014

 

 

 

 

Say My Name

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.