Rachel Rising #1: Cień śmierci

Nowopowstała oficyna Fantasmagorie od samego początku działalności wysyła sygnały, że w kręgu ich zainteresowań znajdą się komiksy z różnych gatunków. Potwierdza to różnorodność pierwszych wydanych i zapowiedzianych na nieodległą przyszłość albumów – Żółwie Ninja, Archie, Providence… Jak widać zróżnicowanie jest całkiem spore. Co więc można powiedzieć o pierwszym komiksie wydawnictwa, opowieści grozy pt. Rachel Rising?

Oryginalna seria została już zakończona, zaś teraz przyszła pora, by i rodzimy czytelnik miał okazję zapoznać się z cyklem, który zdobył nagrodę Harveya i był też nominowany m.in. do nagrody Eisnera. Czy pierwszy tom noszący podtytuł Cienie śmierci zwiastuje aż tak udany cykl?

str10-2.jpg

Początkowe strony wprowadzają pewną aurę tajemniczości. Ot czarno-białe, jak zresztą cały komiks, plansze przedstawiają samotną, młodą kobietę znajdującą się pośród lasu. Niepozorny obraz zaczyna nabierać rumieńców, gdy wraz z bohaterką spostrzeżemy wystającą spod ziemi damską dłoń. Tyle że tylko odbiorca poczuje się tym zaskoczony. Na protagonistce nie robi to bowiem najmniejszego wrażenia. Od pierwszej chwili łatwo dać się porwać tajemniczemu zachowaniu kobiety i nastrojowi niepokoju. I nie tylko jemu, bowiem po chwili oprócz ręki mamy okazję poznać także resztę ciała jej właścicielki. Klimatyczny początek obiecuje niezłą historię z dreszczykiem i taki w rzeczywistości jest pierwszy tom Rachel Rising.

Rachel nie wie, kto ją zabił, i przede wszystkim czemu przeleżała parę dni zakopana w lesie, by powrócić zza grobu. Scenarzysta nie spieszy się z wyjaśnieniem tej zagadki, ale konsekwentnie buduje aurę tajemnicy nie tylko wokół protagonistki, lecz również bliskich jej osób, jak ciocia Johnny czy jej koleżanki imieniem Jet. W końcu obcują one z istotą, która powróciła do żywych, nie ma żadnych oznak tlącego się w niej życia, za to płonie w niej pragnienie zemsty. Tylko nie wie na kim powinna jej dokonać.

Podtytuł albumu, czyli Cień śmierci, nie odzwierciedla, jak bardzo ważkim tematem komiksu jest śmierć. Wprawdzie podczas czytania nie można się doszukać wielu fragmentów skłaniających do refleksji, a właściwie nie ma ich prawie w ogóle, jednakże widocznie nie taki zamysł narodził się w umyśle autora, Tony’ego Moore’a. Zaserwował on za to historię o kobiecie, którą otacza śmierć. Oczywiście z tego względu nie brakuje rozwiązań znanych z innych utworów czy filmów o zemście zza grobu, ale autor na tyle dobrze zaprezentował ograne schematy, mieszając je z własnymi pomysłami i interesującą narracją, że nie stanowi to problemu w trakcie lektury. Warto nadmienić, że całość dzieje się w amerykańskim miasteczku, gdzie pewne nadnaturalne wydarzenia nie mogą pozostać niezauważone. I w tym aspekcie pozostaje jeszcze spory potencjał dla następnych tomów, ponieważ Moore nie przesadza z liczbą postaci, ale dba o to, by były sensownie wplecione w historię.

str2d5.jpg

Opowieść wciąga jednak nie tylko stroną fabularną, ale też pasującą do niej oprawą graficzną. Wszelkie plansze są czarno-białe, stonowane, wręcz chłodne, co tylko pomogło zbudować nastrój opowieści, już od pierwszych stron. Niemniej istotna okazała się umiejętność Moore’a przy kreśleniu mimiki bohaterów. Niejednokrotnie wyczytamy z nich ukryte intencje postaci.

Album otwierający cykl Rachel Rising trudno nazwać horrorem, ale nie można mu odmówić nutki grozy. Siłą Cienia śmierci jest głównie atmosfera niepokoju towarzysząca kolejnym stronom i choć słowo niepokój pada po raz kolejny, to dzieje się tak tylko i wyłącznie dlatego, że to właśnie ono najlepiej definiuje odczucia w trakcie lektury. Warto zapoznać się z początkiem historii Rachel.

Ocena: 7,5/10

Scenariusz: Tony Moore
Rysunki: Tony Moore
Wydawnictwo: Fantasmagorie
Stron: 128
Premiera: luty 2017

 

 

 

Say May Name

Dziękujemy wydawnictwu Fantasmagorie za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

fantasmagorie_logo2

 

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*