(Recenzja) Bogowie Krwi i Prochu. Tom 2. Gniew Imperium

Po mocnym otwarciu w Grzechach Imperium Brian McClellan kontynuje cykl o starożytnych artefaktach mogących nawet stworzyć bogów.

W drugim tomie powraca dobrze nam znana trójka bohaterów. Ben Styke rekrutuje właściwie każdego, kto ma dość sił, aby dzierżyć broń. Lady Krzemień incognito udaje się do jednego z miast celem znalezienia informacji o artefakcie, lecz czeka na nią coś więcej, niż tylko przysłuchiwanie się interesującym opowieściom pośród karczmanego gwaru. Z kolei Michael znowu ma dokonać infiltracji, lecz tym razem nie Czarnych Kapeluszy a samych Dynizyjczyków.

Podobieństwa uwidaczniają się dosyć szybko, szczególnie w wątku poświęconym Michaelowi. Bohater ponownie ma okazję sprawdzić się jako szpieg udający zaufanego i lojalnego pomocnika. Oczywiście zmianie ulega otoczka, ponieważ Dynizyjczycy wyraźnie różnią się od Czarnych Kapeluszy, chociaż mimo wszystko wtórność mocno daje się we znaki. Nie inaczej ma się rzecz w przypadku Lady Krzemień. Teraz to ona przebywa w mieście, gdzie musi ukrywać swoją tożsamość i nie może pozwolić sobie na przesadną demonstrację sił, przez którą stałaby się głównym tematem lokalnych plotek. Od razu nasuwają się skojarzenia ze ściganym w pierwszej części Benem. Łatwo dostrzec też schematyczne rozwiązania fabularne i zachowania postaci w pojedynczych scenach.

Najlepsze rozdziały poświęcono Styke’owi. Nie można wówczas narzekać na brak akcji i widowiskowych pojedynków. Nie byłyby one jednak równie ciekawe, gdyby nie osobista krucjata dowódcy Szalonych Lansjerów, pragnącego dokonać zemsty na dawnych kompanach. Ben zyskuje także dzięki fragmentom pokazującym rosnącą zażyłość brutalnego wojownika z dziewczynką, którą wziął pod swoje skrzydła.

Ostatecznie to nie tylko wtórność, ale także wyraźny spadek tempa powieści zadecydował o różnicy w ocenie Gniewu i Grzechów Imperium. McClellan w bardzo nikłym stopniu przybliża czytelników do rozwikłania tajemnic boskich artefaktów i na ogół wystrzega się podawania jakichkolwiek wyjaśnień jak ognia. W dodatku część przeszkód, z jakimi borykają się bohaterowie, sprawia wrażenie sztucznych i wymyślonych na siłę. Tak jakby w danej chwili ograniczenie mobilności postaci było na rękę autorowi.

Gniew Imperium to rzecz na wielu płaszczyznach podobna do Grzechów Imperium. Brian McClellan operuje podobnymi wątkami, żonglując jednak rolami postaci i dostarczając to, do czego mogliśmy przywyknąć. Jest magia prochowa, sporo walk i rywalizacja o wpływy tak jednostek, jak i całych frakcji. Niestety i te zalety nie są w stanie zniwelować spowolnienia tempa i ewidentnego przeciągania fabuły w oczekiwaniu na zakończenie trylogii.

gniew-imperiumOcena: 6/10

Seria: Bogowie Krwi i Prochu
Autor: 
Brian McClellan
Tłumaczenie: Krzysztof Sokołowski

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Stron: 792
Premiera: 4 października 2019

 

 

 

Say May Name

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza do recenzji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.