(Recenzja) Budapeszt Noir

Lubię noir. Dla wielu osób czar tej stylistyki przeminął z filmami z lat czterdziestych i pięćdziesiątych oraz książkami Chandlera i Hammetta. Mimo to od lat chętnie zanurzam się we wszystko, co twórcy podają w tej konwencji. Zdarza się, że odchodzę zniesmaczony lub wręcz przeciwnie, zadowolony z poznania ciekawego dzieła. A czasami moje odczucia plasują się gdzieś pomiędzy dwoma biegunami, jak w przypadku Budapeszt Noir.

Omawiany film to ekranizacja powieści Vilmosa Kondora o tym samym tytule. W dodatku mowa tu o powieści wydanej w naszym kraju przez wydawnictwo Prószyński i S-ka dosyć dawno temu, bo w 2009 roku. Filmowy obraz powstał stosunkowo niedawno, bo w 2017 roku.

Akcja rozgrywa się w Budapeszcie w 1936 roku. Pewnego dnia w dzielnicy czerwonych latarni odnalezione zostaje ciało martwej żydowskiej dziewczyny. Sprawa wzbudza ciekawość niejakiego Zsigmonda Gordona (Krisztián Kolovratnik), dziennikarza kryminalnego jednej z węgierskich gazet. Szybko przekonuje się, że znalezienie sprawcy nie interesuje nikogo poza nim samym. 

Budapeszt Noir klimatem stoi. Od pierwszej do ostatniej sekundy dostawałem to, czego jako widz mogłem się spodziewać po noir osadzonym w przedwojennym Budapeszcie. Ładne ujęcia znajomych miejsc węgierskiej stolicy i scenografia oddająca ówczesne realia to duże zalety filmu. Cegiełkę dodaje do tego niezwykle charyzmatyczna postać grana przez wspomnianego Kolovratnika. Aktor w pełni wczuł się w aroganckiego i twardego dziennikarza, węszącego tam, gdzie nie powinien. Mimika oraz ogólne ruchy czasem są aż przerysowane, ale ostatecznie i tak z przyjemnością śledzi się postać z krwi i kości.

Swoje robi też praca kamery i gra świateł. Czasami operator pozwala spojrzeć na lokację z oddalenia, innym razem uchwyci ciemne zakamarki miasta. Do tego dochodzi jeszcze nastrojowa muzyka i voila – atmosfera jak się patrzy.

Film traci w innych elementach. Przede wszystkim fabuła jest prosta. Gordon idzie do celu jak po sznurku, od jednego źródła informacji do drugiego, aż w finale wszystkie elementy są składane w całość. Nie oznacza to, że nie natrafia na żadne przeszkody. Tych ma aż nadto, tylko że przez ciągłe wypytywanie kolejnych kontaktów podających następne osoby brakuje miejsca na dedukcję i ta pojawia się dopiero w finale.

Jest jeszcze jeden poważny mankament. Fabuła jest bardzo silnie osadzona w przedwojennych czasach. Twórcy nie zadali sobie kłopotu, żeby należycie przedstawić problemy ówczesnego społeczeństwa, a już zwłaszcza jego żydowskiej części zamieszkującej stolicę Węgier. Bohaterowie z rzadka o tym wspominają, ale ktoś mniej zaznajomiony z tamtym okresem poczuje się trochę zdezorientowany.

Budapeszt Noir to przykład solidnego rzemiosła. Filmowcy sprawili widzom klimatyczne kino noir z dobrze odegranymi postaciami (nie tylko Kolovratnika). Trochę zawiodłem się na mizernie wkomponowanych nastrojach społecznych ówczesny mieszkańców Budapesztu i złożoności intrygi. Niemniej, polecam osobom złaknionym noirowych pozycji.

Budapeszt-NoirOcena: 6,5/10

Reżyser: Robert Rodriguez
Scenariusz: Robert Rodriguez, James Cameron
Obsada: Krisztián Kolovratnik, Kata Dobó, Réka Tenki, Zoltán Schneider, Szabolcs Thuróczy
Czas projekcji: 1 godz. 35 min.

 

 

 

Say My Name

Add a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.