(Recenzja) Irlandczyk

Oczekiwania wobec Irlandczyka, najnowszego filmu Martina Scorsese, były ogromne. Słynny reżyser połączył siły ze znakomitymi aktorami, Alem Pacino, Robertem De Niro i Joe Pescim. Tego ostatniego udało się zresztą namówić na tymczasowy powrót z emerytury. Na długo przed premierą wiadome było, że wszyscy panowie będą cyfrowo odmłodzeni na potrzeby większości scen, co budziło poważne wątpliwości. Jak wyszło w praktyce?

Irlandczyk inspirowany jest prawdziwymi zdarzeniami i książką I Heard You Paint Houses Charlesa Brandta, która wywarła na De Niro na tyle duże wrażenie, że pokazał ją Scorsese’owi, a ten przekuł opowieść w film. Mimo znanych nazwisk produkcja nie była kaszką z mleczkiem. Wieść niesie, że większość potencjalnych sponsorów filmu obawiała się długości projekcji (3,5 godziny!) oraz kosztów związanych ze scenografią i w końcu gaż dla ikonicznych aktorów kina mafijnego. Dzięki wsparciu finansowemu Netflixa Scorsese mógł opowiedzieć tę historię bez ograniczeń.

W filmie osadzonym w latach 50. śledzimy losy Franka Sheerana (Robert De Niro), przeciętnego kierowcy ciężarówki (a właściwie chłodni na kółkach) z wojenną przeszłością. Kiedy jego auto odmawia posłuszeństwa, spotyka na swej drodze mężczyznę, który pomaga mu w naprawie. Nie podejrzewa jednak, że w niedalekiej przyszłości spotka go ponownie. Frank trafia na Russela Bufalino (Joe Pesci) po raz drugi, kiedy rozpoczyna współpracę z lokalnym mafiozo, któremu dostarcza mięso na steki. Potem dostaje znacznie poważniejsze zlecenie, aż w końcu zostaje zaufanym i wysoko postawionym człowiekiem malującym domy – czyli cynglem mafii.

Pomyli się jednak ten, kto w tym momencie wyobraził sobie opowieść o gangsterskich porachunkach w stylu “to nic osobistego” i wojen mafii. Fabuła skupia się bowiem wokół kariery Franka oraz Jimmy’ego Hoffy, stojącego na czele Teamsters, najpotężniejszego związku zawodowego tamtych czasów. Hoffa, mimo bliskich kontaktów z rodzinami przestępczymi i defraudacją funduszy związkowych, przez wiele lat pozostawał nieuchwytny. Swego czasu prokurator generalny Robert F. Kennedy mówił o dorwaniu Hoffy jako o jednym ze swoich najważniejszych celów.

Tyle gwoli przydługiego wstępu. Historia wciąga od pierwszych minut, choć na początku – zwłaszcza jeśli nie znamy prawdziwych wydarzeń związanych z Hoffą – łatwo o wniosek, że szykuje się opowieść w stylu od pucybuta do milionera, a w zasadzie od kierowcy do najwyższych szczebli drabiny mafijnej. Takie określenie byłoby jednak niesprawiedliwe, ponieważ Scorsese nade wszystko eksploruje motyw przemijania, co wywiera na widzu ogromne wrażenie, zwłaszcza w obliczu tak dobranej obsady. Cieszy mnie fakt, że reżyser postawił na swoją wizję, nie zaś na próby dostosowania jej do obecnego odbiorcy. Mimo długiego czasu projekcji absolutnie nie ma miejsca na nudę, co więcej czas ten mija błyskawicznie. Scorsese snuje opowieść tak umiejętnie, że nawet dłuższe nieme kadry czy rozmaite dialogi nie wydają się zbędne i wsparte muzyką oraz pieczołowicie oddaną scenografią pozwalają na dobre zagłębić się w projekcję.

Dzięki temu, że widowisko trwa aż 3,5 godziny, wszystkie wątki mogą wybrzmieć, a postacie nabierają rumieńców. Łatwo polubić Franka, Russela czy Jimmy’ego. Żaden z nich nie jest zły do szpiku kości – troszczą się o swoje rodziny i dorobek życiowy, nie epatują przemocą czy manifestują władzę na każdym kroku. Szczególnie spodobała mi się kreacja Sheerana. W wielu scenach twarz De Niro zdaje się nieprzenikniona, kamienna i pozbawiona emocji, choć te niekiedy w nim kotłują, zwłaszcza z postępującym wiekiem odsłania ich coraz więcej. Również Al Pacino stanął na wysokości zadania, wlewając w Hoffę swoją żywiołowość. Nieco słabiej wypada Joe Pesci, ale to raczej efekt mniejszej roli w stosunku do De Niro i Pacino, bo w swoich scenach przypomina, że brakuje go na ekranach. Także odmłodzenie aktorów zdało egzamin – twarze wyglądają świetnie i na tyle naturalnie, że nie burzą odbioru historii. Nieco kłopotliwe są sceny wymagające od De Niro żwawości fizycznej. Kiedy bowiem przychodzi mu kopnąć leżącego mężczyznę, ma widoczne problemy z wymachem nogi i utrzymaniem równowagi.

O Irlandczyku mówiło się, że ma szansę zostać ukoronowaniem dokonań Martina Scorsese’a. Niestety nie jest to film aż takiej klasy – to kawał bardzo dobrego i wciągającego kina, podejmujący temat przemijania i starości (również gangsterskiej), ale nie jest to poziom Chłopaków z ferajny. Niemniej, to jeden z tych filmów, jakie po prostu trzeba zobaczyć dla znakomitej obsady, wciągającej historii i pieczołowicie oddanej scenografii. Jest też coś symbolicznego w ostatnich kadrach.

 

Ocena: 8,5/10

Reżyser: Martin Scorsese
Scenariusz: Steven Zaillian
Obsada: Robert De Niro, Al Pacino, Joe Pesci, Bobby Cannavale, Anna Paquin, Stephen Graham
Czas projekcji: 3 godz. 30 min.
Data premiery: 22 listopada 2019

 

 

Say My Name

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.