(Recenzja) Rój Hellstroma

Po piętnastu książkach w ramach linii wydawniczej Wehikuł czasu, dotychczas prezentującej wznowienia klasycznych dzieł literatury SF, nadszedł czas na powieść debiutującą na polskim rynku. Za to napisaną przez doskonale znanego autora, wszak mowa o Franku Herbercie (autorze Kronik Diuny) i Roju Hellstroma.

Powieść miała swój początek w 1972 roku, kiedy Oscara i nagrodę BAFTA za najlepszy film dokumentalny otrzymała Kronika Hellstroma. W filmie wyimaginowany naukowiec o nazwisku Hellstrom przedstawiał rywalizację o przetrwanie pomiędzy owadami a ludźmi, twierdząc, że te pierwsze mają przewagę nad homo sapiens dzięki umiejętnościom adaptacji, ukierunkowaniu na funkcjonowanie społeczeństwa i odgrywanie w nim swojej roli. Ludzie zaś, jako skłonni do pielęgnowania indywidualizmu i odrzucania postawy trybiku w maszynie, skazani byli na porażkę.

Frank Herbert wykorzystał ten pomysł – w głównej roli obsadził Hellstroma, naukowca, który na odosobnionej farmie gdzieś w stanie Oregon zajmuje się produkcją filmów dokumentalnych. Sęk w tym, że kto zbliży się do farmy na ogół z niej nie wraca – tak też się stało z pracownikami Agencji, która wysłała swoich ludzi na przeszpiegi w obawie o broń skrywaną na farmie. Pod powierzchnią ziemi czeka inna niespodzianka – społeczeństwo ludzi żyjących i funkcjonujących niczym rasowy Ul, w którym każda istota ma swoje przeznaczenie i przyczynia się do budowania struktury społecznej. Kosztem własnej indywidualności.

Przez znaczną część powieść przywodzi na myśl historię szpiegowską o rywalizacji dwóch stron, które doskonale zdają sobie sprawę, że jedna z nich wodzi drugą za nos. Tak też zachowuje się Hellstrom wobec kolejnych wysłanników Agencji, choć pozostaje – jak zresztą zbiorowość Ula – świadomy, że wystarczy niewielkie potknięcie, aby szeregowi pracownicy organizacji uzyskali wsparcie i finansowanie z wyższych szczebli władzy, a co za tym idzie cały projekt zawisł na włosku. I ten nastrój faktycznie odczuwa się przez blisko czterysta stron książki, mimo że niejednokrotnie daje się we znaki poczucie nieistotności scen lub dreptania fabuły w miejscu. Pomimo to Frank Herbert na tyle zręcznie operuje słowem, że nawet dłużyzny nie stanowią problemu i nie zaburzają rytmu lektury. Za to łatwo wyczuć rosnące zaniepokojenie pobratymców Hellstroma i narastającą wściekłość Agencji.

Wyraźnie odczuwalny ekologizm nie nuży, a konfrontacja i wzajemne podchody obu stronnictw obserwuje się niekłamanym zaintrygowaniem. Herbert używa tej rywalizacji do pokazania, jak wiele mogliby stracić ludzie godzący się na funkcjonowanie w zgodzie z komunistycznymi pryncypiami, definiującymi codzienne życie. Przetrwanie i przedłużenie gatunku przykrywają wszystkie inne – zarówno dorobek ludzkości, jak i możliwość czerpania z niego korzyści czy przyjemności. Znacznie łagodniej autor obchodzi się z indywidualizmem i wolnym rynkiem, aczkolwiek cieszy, że Herbert nie popadł w skrajną zerojedynkowość i także w tej kwestii obnażył niedostatki systemu i postaw.

 

Ocena: 7/10

Seria: Wehikuł czasu
Autor: 
Frank Herbert
Wydawnictwo: Rebis

Stron: 400
Premiera: 27 kwietnia 2021

 

 

 

Say My Name

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.