(Recenzja) The Mandalorian – Sezon 1

Słabo przyjęty Star Wars: Skywalker. Odrodzenie, o którym pisałem szerzej w osobnym artykule, to nie jedyna gwiezdnowojenna produkcja ostatnich miesięcy. W końcówce 2019 roku na platformie Disneya pojawił się też ośmioodcinkowy serial The Mandalorian. Dosyć nieregularne widowisko – odcinki trwają od 30 do 48 minut – zyskał niemałą popularność oraz zebrał pozytywne oceny. Tylko czy zasłużenie? Sprawdziliśmy.

Serial opowiada o losach najemnika, który pewnego dnia dostaje pozornie zwykłe zlecenie. Jego zadaniem jest uwolnienie bliżej nieokreślonej istoty, przetrzymywanej przez porywaczy. O ile fakt, że przestępcy ukrywają się gdzieś na odległej i opustoszałej planecie nie dziwi, o tyle intrygujące są dwie stawki, jakie może otrzymać Mando. Wyższa to nagroda za uwolnienie oraz dostarczenie celu do zleceniodawcy. Niższa jest zaś za odnalezienie i wyeliminowanie tejże istoty, czyli słynnego Baby Yody.

Fabularnie The Mandalorian jest daleki od ideału i szalenie generyczny. To zlepek różnorakich motywów doskonale znanych oraz niesamowicie wyeksploatowanych w popkulturze. Teoretycznie każdy odcinek przedstawia oddzielną opowieść, lecz wszystkie łączy wspomniane wcześniej zlecenie przyjęte przez Mando i pozostałe wątki służą do wprowadzenia na scenę innych bohaterów oraz zobrazowanie światów znajdujących się z dala od serca Nowej Republiki. W serialu Jona Favreau bardzo mocno uwidaczniają się naleciałości z westernów i seriali sprzed kilku dekad (Drużyna A, Strażnik Teksasu), choć to akurat poczytuję za zaletę, mimo wtórności. Bohater trafia do zapyziałej wioski nękanej przez bandytów wioski, której mieszkańcy zrzucają się, żeby najemnik przegnał dręczycieli? Jest. Wpada w oko miejscowej kobiecie? Jest. Zaczyna szkolić wieśniaków do walki? Jest. A to tylko najprostszy do wskazania przykład. Również praca kamery i ujęcia jak żywo przypominają stare westerny, szczególnie w scenach rozgrywających się na chwilę przed rozpoczęciem strzelaniny.

Największym problemem serialu jest miałka i poszatkowana fabuła; na dobrą sprawę osiem odcinków można by skrócić do półtoragodzinnej projekcji i przejść od razu do meritum. Tak się nie stało, konsekwencją czego jest uczynienie z pierwszego sezonu długiej ekspozycji, podczas gdy główna oś fabularna stoi w miejscu. Na pozór może się wydawać, że Jon Favreau nie chciał zarzucać detalami widzów i z premedytacją pozostawił wiele niewiadomych, począwszy od imion postaci, aż przez ich przeszłość, aż po cele niektórych wątków. I to nawet działa, The Mandalorian jest zresztą usłany scenami pozbawionymi dialogów i w tych scenach prezentuje się najlepiej. Problemy zaczynają się, kiedy bohaterowie otwierają usta.

Zdecydowana większość dialogów sprawia wrażenie, jakby twórcy (i zapewne osoby decyzyjne w Disneyu) nie były pewne, dla kogo chcą zrobić serial. Kwestie postaci są naiwne, niekiedy prostackie albo pełne nieznośnego patosu i najlepiej sprawdziłyby się w serialu skierowanym do młodych odbiorców, naprawdę młodych, bo podejrzewam, że nastolatkowie wychwycą już fałszywe nuty. Ekipa łowców, z którymi w jednym z odcinków współpracuje Mando, rzuca okropnie dennymi odzywkami, jakie miały zapewne wzbudzić w oglądających obawy o losy protagonisty i Baby Yody. W praktyce przypominają bandę głupiutkich dzieciaków ze szkolnego boiska, a nie najemników wynajętych do poważnej oraz trudnej misji. Nie mogłem też pozbyć się wrażenia, że Favreau chciał umieścić w serialu własny Legion Samobójców. I umieścił. Zupełnie niepotrzebnie.

Przykłady niepotrzebnych wątków, naprędce napisanych postaci mógłbym mnożyć bez trudu, jednak ten przykład jest najdobitniejszy. Oczywiście nie wszyscy bohaterowie wypadają tak marnie. Drugi plan wzbogaca świetnie scharakteryzowany Qin, budzący sympatię od pierwszych chwil Baby Yoda czy niezdejmujący zbroi, a przez to trochę trudny w odbiorze, Mando (Pedro Pascal). Największą zaletą jest jednak oprawa, bo audiowizualnie The Mandalorian stoi na najwyższym poziomie. Dbałość o surową, ale szczegółową scenografię, świetne kostiumy (na czele z Mando) i oszczędne, lecz niezwykle nastrojowe udźwiękowienie są najjaśniejszymi elementami serialu.

W sieci bez trudu można natrafić na wiele ciepłych słów w kierunku serialu Jona Favreau, również słów o dojrzałej historii oraz ciekawych zwrotach akcji. Z niekłamanym zawodem muszę przyznać, że dla mnie to serial zupełnie przeciętny, generyczny, oparty na utartych schematach, broniący się wykorzystywaniem bardzo mocnego uniwersum oraz świetną oprawą wizualną. I Baby Yodą.

Ocena: 5/10

Reżyser: Jon Favreau
Scenariusz: Jon Favreau
Obsada: Pedro Pascal, Carl Weathers, Gina Carano, Nick Nolte, Taika Waititi, Giancarlo Esposito, Ismael Cruz Cordova
Czas projekcji: 8 odcinków po 30-48 minut

 

 

Say My Name

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.