(Recenzja) Samozwaniec. Moskiewska ladacznica. Tom 1

Cykl Samozwaniec Jacka Komudy dobiegł końca, ale czy to oznacza, że i “Dymitriada” się skończyła? Otóż nie! Najbardziej znany szlachcic III Rzeczpospolitej powraca z nową powieścią – Moskiewską Ladacznicą.

Historia zaczyna się w momencie, kiedy Aleksander Józef Lisowski, awanturnik, za którego głowę wyznaczono sporą nagrodę poniżył woźnego wojewódzkiego w mieście Owrucz na Ukrainie. Dwa dni później pod Kijowem wraz z innymi szlachcicami Rzeczpospolitej, przystępuje do zebrania w sprawie dalszych losów swoich oddziałów, obrady przybierają jednak niespodziewany obrót, gdy do izby wchodzi Anton Uspieński, ogłaszając, że car Dymitr Iwanowicz (osobnik podający się za ocalałego syna Iwana Groźnego) żyje i gotów jest odebrać władzę obecnemu carowi Dymitrowi Szujskiemu.

Moskiewska Ladacznica fabularnie rozbita jest pomiędzy kilku bohaterów. Jednym z nich jest porucznik Aleksander Józef Lisowski, którego poznajemy na samym początku. Epizody z nim nie należą do nadzwyczaj ciekawych, a sam bohater nie zaskarbi sobie sympatii czytelnika. Dalej nie zabrakło oczywiście Dymitra Iwanowicza, który chociaż pojawia się często, to niewiele mówi czy też robi, zawsze przedstawiony w roli dumnego młodzieńca, odważnego “językiem”. Nieco lepiej jest w drugiej części książki, gdy próbuje uwolnić się spod wpływów Miechowickiego i samodzielnie stara się podejmować decyzje. Także carowa Maryna, żona Iwanowicza “zabłyśnie” w kilku rozdziałach.

Przez całą lekturę pojawiają się nowi bohaterowie i wprowadzają ciekawe wątki, jak pułkownik Józef Budziłło czy kniaź Roman Kiryłowicz Różyński. Zwłaszcza za sprawą drugiego wspomnianego pana w późniejszych rozdziałach od Moskiewskiej Ladacznicy ciężko się oderwać.

Na 360 stronach fabuła jest dość dobrze rozplanowana, początek jest nieco spokojniejszy i “leniwy”, zaś w miarę pokonywania kolejnych rozdziałów wydarzenia nieco się zagęszczają. Gdy przybierają nieciekawy obrót, okazuje się że kilka stron później szala zwycięstwa się obraca. I tak niemal całą powieść. Ze względu na język i fakt, że mimo wszystko jest to literatura historyczna, polecić ją można tylko osobom, które takową lubią. Jeśli ktoś nie gustuje w rekonstrukcji ówcześnie panującego języka powieść Komudy może wydać się mało zajmująca. Mnogość imion, nazw i określeń pozycji zawodowej używanych w XVII wieku n.e. bywa przytłaczająca. Niestety początki mogą być trudne trudne, bo zwroty używane w czasach szlacheckich są na tyle zajmujące, że czasem umyka sama historia i przygody bohaterów. 

Jeżeli jednak to nie stanowi problemu, mowa używana przez Komudę, dawna, szlachecka, mieszana z rosyjskim i ukraińskim, świetnie pozwala wczuć się w klimat tamtych czasów. Zaś dla czytelników rządnych dodatkowych informacji na końcu książki przygotowano przypisy i dodatki, w których znaleźć można wszystkie trudniejsze zwroty, nazwy i słowa, solidnie wyjaśnione. Dla osób literaturę historyczną czytającą od “święta” taki dodatek z pewnością będzie niezbędny.

W Moskiewskiej Ladacznicy Jacek Komuda świetnie operuje nie tylko słowem, ale i obrazem. Szczegółowo przedstawione bitwy i inne aspekty życia, zaczynając od ubiorów, a kończąc na sprawach wojskowych, dodają uroku całej historii. Z zacięciem “chłonie się” każdy większy opis.

Z pewnością jedną z bardziej atrakcyjnych rzeczy w powieści Jacka Komudy są bohaterowie. Autor nadaje im cechy charakteru idealnie wpisujące się w zachowania dawnej szlachty, dumnej i awanturniczej. Każdy jest inny i równie interesujący dla czytelnika, zaczynając od pułkownika Józefa Budziłło, kończąc na jego przeciwieństwie w osobie Miechowickiego, zapatrzonym w siebie “podstępnym lisie”.

Nie zgorzej zaprezentowała się carowa Maryna żona Dymitra Iwanowicza, mimo że początki nie wyglądały najlepiej, gdy pogrążona w rozpaczy wydawała się równie szalona, co głupia. Później dość dobrze się rehabilituje i zauważalna jest zmiana jaka w niej zachodzi pod wpływem niektórych wydarzeń.

Wartym wspomnienia jest również porucznik Aleksander Józef Lisowski, jedna z głównych postaci. Poznajemy go jako wyjętego spod prawa łotra i buntownik. W dalszej powieści obraz ten za wiele się nie zmienia, ale w niektórych sytuacjach ukazany został jako niezwykle przebiegły i roztropny, podążający sobie tylko znanymi ścieżkami osobnik. Podobnie interesującym okaże się kniaź Roman Kiryłowicz Różyński, przeciwieństwo Lisowskiego. Komuda ukazał go jako doświadczonego stratega zarówno na wojnie, jak i w polityce. Dość szybko stanie się ulubieńcem czytelnika. 

Muszę przyznać, że powieści historyczne nie szczególnie do tej pory zajmowały moją uwagę. Jednak po przeczytaniu Moskiewskiej Ladacznicy, z chęcią sięgnę po kolejny tom opowiadający przygody dumnych szlachciców Rzeczpospolitej.

Ocena: 7/10

Seria: Samozwaniec. Moskiewska ladacznica
Autor: 
Jacek Komuda

Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 360
Premiera: 22 września 2017

 

 

 

 

Scythe

Dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.