Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Na filmową adaptację francuskiej serii komiksowej Valerian miłośnicy fantastyki czekali już od dawna. Pełna rozmachu i wyobraźni opowieść urzeka od pierwszych stron, kiedy zafascynowany czytelnik przemierza kolejne zakamarki potężnego kosmicznego miasta. Nic więc dziwnego, że w kinowej produkcji – Valerian i Miasto Tysiąca Planet – każdy pokładał duże nadzieje. Ale czy słusznie?

Zaczyna się dość niepozornie. Valerian oraz Laureline, agenci specjalni zajmujący się pilnowaniem porządku w Mieście Tysiąca Planet, są w trakcie wykonywania misji w odległej galaktyce. Muszą przechwycić urządzenie zwane konwerterem. I nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie fakt, że oprócz nich ktoś jeszcze usilnie próbuje je zdobyć. Sprawy komplikują się dopiero po powrocie z misji. Partnerzy stają w obliczu nowego zagrożenia, jakim jest niezbadana do tej pory strefa, rosnąca niczym „guz” w Mieście Tysiąca Planet. Razem z komandorem Arun Filittem (Clive Owen), muszą zbadać dziwne zjawisko. 

Od pierwszych scen zauważalny jest rozmach z jakim reżyser Luc Besson oddał monumentalizm i klimat Miasta Tysiąca Planet. Zachwyca sam początek, gdzie krótko acz treściwie pokazał powstanie międzygwiezdnej platformy, oraz jej dalsze losy na przestrzeni wielu lat, łączenie z opuszczeniem orbity Ziemi. Dalej z zapartym tchem chłoniemy każdy jego najdrobniejszy element, zaczynając od wszelkiej maści obcych, aż do wymyślnych urządzeń, zapewniających funkcjonowanie wszystkich zgromadzonych tam gatunków. Wodne akweny, strefy biologiczne i informatyczne, za każdym razem wyglądają równie zachwycająco. To bogactwo stacji pokazane poprzez mnóstwo jaskrawych, a wręcz momentami mocno abstrakcyjnych zaułków tworzy odpowiedni, przytłaczający widza klimat. 

Nie cała stacja to utopia barw i abstrakcyjnych miejsc, nie zabrakło mniej bogatych dzielnic, czy też dzielnic z nutką „kryminalną”. I co ciekawe, efekty wizualne są na tyle solidnie dopracowane, że raz wzbudzają zachwyt, a raz przerażają, nie narzucając wymuszonej sztucznie obróbki graficznej. 

Nieco słabiej jest, pod względem atrakcyjności samej opowieści. Fabuła zbytnio nie trzyma w napięciu, ani nie niesie rozbudowanej treści. Widać, że twórcy w pełni skupili się na pokazaniu Miasta i jego wyjątkowości. Owszem, nie ominą nas intrygi knute przez członków załogi, trochę dochodzenia ze strony Valeriana i Laureline, nietypowe rozkazy od dowództwa i oczywiście zdrada. Fabuła nie zaskoczy, dość szybko domyślimy się, o co chodzi z tajemniczą sferą wewnątrz Miasta Tysiąca Planet oraz kto jest głównym inicjatorem wychodzącej na jaw dziwnej i niepokojącej sprawy. Nawet w pewnym momencie filmu wprowadzono scenę wręcz zbędną, czy też zwyczajnie nie przemyślaną. Gdy w końcówce seansu dowiadujemy się, co tak naprawdę się wydarzyło i znana jest nam twarz oprawcy (nie trudno się domyślić) – twórcy  nie wiedzieć czemu postanowili ją ukryć. Daje to wręcz komiczny efekt. Na szczęście takich absurdalnych sytuacji jest niewiele, i w większym stopniu, mimo że fabułę potraktowano dość pobieżnie, czeka na nas sporo akcji w dobrym wydaniu. Valerian przemierzając kolejne poziomy kosmicznego Miasta robi to z dużym zaangażowaniem, sprawiając, że z przyjemnością chłonie się każdy jego akrobatyczny skok. Niestety… jest mały mankament, jeśli ktoś oglądał zbyt dużo zwiastunów przed filmem, to nie zostało mu za wiele nowych scen.

Jeśli chodzi o grę aktorską to głównych bohaterów poznajemy w dość intymnej sytuacji, która jasno daje do zrozumienia na jakim etapie stoi ich relacja. Cały film bowiem duet – Valeria i Laureline, dostarcza nam zarówno zabawnych scen, jak i kilku romantycznych, czy też lepiej powiedzieć, komediowo-romantycznych. Dane DeHaan (Lekarstwo na życie) – Valerian – odgrywa swoją rolę mocno sztucznie, jest oszczędny w gestach i mimice, przez co wygląda niczym robot. Do tego dość topornie prowadzi dialogi, nie mówiąc o jego relacji z sierżant Laureline, do której „czuje miętę”.

Nieco lepiej prezentuje się sama sierżant Cara Delevingne (Legion samobójców), która bardziej wczuła się w rolę żołnierza. Mimo że cały czas ma „zawzięty” wyraz twarzy, to z pewnością widz szybko ją polubi. Jest arogancka, pewna siebie i stara się dominować nad swoim partnerem Valerianem. Niemniej, jest również tak silnie do niego przywiązana,  że bez wahania gotowa jest ruszyć mu na pomoc. Z jednej strony tych dwoje ciągnie do siebie niczym magnesy, z drugiej ciągłe złośliwości i uszczypliwości sprawiają, że tworzy się pomiędzy nimi dystans. Można rzec, że wątek miłosny jest mocno przerysowany, tak aby był bardziej zabawny niż ckliwy.

Wśród aktorów najgorzej prezentuje się Clive Owen – komandor Arun Filitt, gra sztucznie i tak słabo, że oglądanie go zwyczajnie męczy.

Nie zabrakło również obcych. Mamy tutaj rozmaitych mieszkańców planet, zarówno odrażających, jak i pięknych inaczej. Całe międzygalaktyczne towarzystwo zostało jednak mocno uczłowieczone. Wśród międzygalaktycznych gatunków również społeczeństwo dzieli się na lepszych i gorszych, są knajpy z jedzeniem, paniami do towarzystwa, itp.

Valerian i Miasto Tysiąca Planet to film, który skupia całą uwagę na bogactwie świat i międzygalaktycznych cudach. Przez co fabuła została nieco w tyle i po seansie pozostaje niedosyt. Jest to jednak obowiązkowy tytuł dla każdego miłośnika fantastyki i science-fiction zarówno książkowego, komiksowego i filmowego. Luc Besson ostatecznie dość solidnie zabrał się za temat, więc jest z czego się cieszyć podczas seansu, mimo pewnych niedociągnięć. 

valerian-i-miasto-tysiaca-planetOcena: 7/10

Reżyseria: Luc Besson
Scenariusz: Luc Besson
Obsada: Cara DelevingneClive Owen, Dane DeHaan, Rihanna, Ethan Hawke, John Goodman, Rutger Hauer, Herbie Hancock
Czas projekcji: 2 godz. 17 min.
Premiera PL:  14 sierpnia 2017

 

 

Scythe

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*


This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.